Dom, który mówił po niemiecku. Skrzynia, której nie wolno było otwierać. Rysunki ukrywane przez dziesięciolecia na strychu. W rozmowie z Barbarą Walshe Geraldine opowiada nie tylko historię swojej matki — Marianne Grant, artystki, która tworzyła w niemieckich nazistowskich obozach — lecz także historię dziedziczonej pamięci. To opowieść o sztuce jako ocaleniu, o traumie zapisanej w ciele i o odpowiedzialności, która nie kończy się wraz z odejściem świadków.

Barbara Walshe: Geraldine, dziękuję, że zgodziłaś się z nami porozmawiać. Chciałabym zacząć od Ciebie, nie od historii. Jak się masz i gdzie dla Ciebie jest „dom”?

Geraldine: Domem jest Glasgow. Urodziłam się tutaj i nigdy nie wyprowadziłam się daleko — zaledwie około dwóch mil od miejsca, w którym przyszłam na świat. Jestem mężatką, mam dwie córki, obie zamężne i mające dzieci. Jedna mieszka w Londynie, druga blisko mnie, w Glasgow. Mam pięcioro wnucząt — trzech chłopców i dwie dziewczynki. Czuję się bardzo błogosławiona.

Barbara: Często mówiłaś, że dorastałaś „trochę inna”. Jak ta inność była odczuwana w domu?

Geraldine: Wspólnym językiem moich rodziców i babci był niemiecki. W domu mówiło się po niemiecku — i jako dziecko tego nienawidziłam. Mama później zaproponowała, żebym w wieku szesnastu lat zaczęła uczyć się niemieckiego, żebym mogła liczyć na jej pomoc, i tak zrobiłam. Ale w dzieciństwie ten język sprawiał, że czułam się inna. Znajomi mówili później, że moi rodzice mieli akcent; dla mnie byli po prostu Mamą i Tatą. Mimo to pewne zwroty były wypowiadane „na opak”, a nas bardzo wcześnie wysyłano na lekcje dykcji, żebyśmy poprawnie wymawiali angielski.

Barbara: Ta „inność” nie dotyczyła jednak tylko języka. Brzmi to tak, jakby wojna była obecna w codzienności — cicho, ale nieustannie.

Geraldine: Tak. Moja mama nie potrafiła niczego wyrzucić. Koperty, listy — pisała na każdym skrawku papieru: w środku, na zewnątrz, na odwrocie kartek… Wszystko stawało się listą, notatką, czymś do ponownego użycia. Do dziś mam kartkę urodzinową zapisaną liczbami i pokazuję ją dzieciom w szkołach — bo kiedy ktoś miał wszystko odebrane, nic nie wydaje się jednorazowe. Nic.

Barbara: A więc sam dom przechowywał pewien rodzaj pamięci — poprzez przedmioty.

Geraldine: Zdecydowanie. Także jedzenie — nic nie mogło się zmarnować. Jeśli coś zostało na talerzu, odkładała to na później, na następny dzień. Przechowywała też gazety — pod półką kuchenną były one upchane warstwami, jedna na drugiej. Wszystko mogło się jeszcze przydać: do rozpalenia ognia, wypchania butów, zabezpieczenia żarówek w ogrodzie. Po jej śmierci w 2007 roku mnie i mojemu rodzeństwu zajęło rok opróżnienie domu.

Barbara: Rok. To brzmi jak żałoba, ale też jak archeologia — jakbyście prowadzili wykopaliska czyjegoś życia.

Geraldine: Dokładnie tak. I na strychu znaleźliśmy jej skarby. Była tam skrzynia, której jako dzieciom nigdy nie wolno nam było otwierać. Dziś ta skrzynia jest wystawiana w Glasgow, w Kelvingrove Art Gallery and Museum. Przywiozła ją ze Szwecji po wojnie. W środku znajdowały się obrazy i rysunki — przez lata ukrywane.

Barbara: Czy mogę zadać pytanie delikatne? Kiedy naprawdę zaczęłaś rozumieć, przez co przeszła twoja mama?

Geraldine: To wychodziło stopniowo. Nie chciała nas obciążać — nie chciała nas straszyć. Bywały jednak momenty. Pamiętam, jak kiedyś jadłam jajko, a ona opowiedziała mi, że w Auschwitz dostała jajko od esesmana po wykonaniu dla niego jakiejś czynności — malowaniu — i że podzieliła to jajko między kilka osób. Opisywała je jak diamenty. Takie historie się pojawiały, ale nie zadawaliśmy zbyt wielu pytań.

Barbara: Powiedziałaś coś bardzo poruszającego: że jako dzieci w jakiś sposób wiedzieliście, że nie należy pytać.

Geraldine: Tak. Rozmawiałam z innymi dziećmi ocalałych i wszyscy mówią to samo: istniała granica. I wciąż się zastanawiam — dlaczego nie pytałam? Jestem najbardziej ciekawską osobą na świecie. A jednak po prostu… się nie pytało.

Barbara: A jednak pewna wiedza i tak docierała — czasem z bardzo fizycznym kosztem. Mówiłaś o gazie.

Geraldine: We wczesnych latach nastoletnich dowiedziałam się, że moja mama trzy razy była w komorach gazowych w Auschwitz. To mnie prześladowało. Przez lata nie byłam w stanie zbliżyć się do kuchenki gazowej. Zapach gazu wywoływał u mnie odruch wymiotny. Nigdy nie miałam kuchenki gazowej. Nawet jedzenie przygotowane na gazie mnie odrzucało. A jako żydowska kobieta zapala się w piątkowy wieczór świece szabatowe — ja jednak początkowo nie potrafiłam zapalić zapałki. Ogień… to było bardzo trudne. Z czasem to przezwyciężyłam, ale miało to na mnie ogromny wpływ.

Barbara: To bardzo ważna uwaga: Zagłada nie jest tylko „historią”. Staje się dziedzictwem zapisanym w ciele.

Geraldine: Tak. I nie tylko to. Moja mama była tak nerwowa, tak niezdolna do zaufania. Chowała torebkę do plastikowej torby, żeby nikt jej nie ukradł. Ten całkowity rozpad zaufania… on cię kształtuje. Jestem zamartwiaczką. Moje córki mówią, że jestem pesymistką — zawsze myślę o tym, co może pójść nie tak. Staram się taka nie być, ale to we mnie jest.

Barbara: A jednak opisujesz ją także jako osobę ciepłą, towarzyską, inteligentną — kogoś, kogo ludzie kochali. Jak te dwie prawdy współistnieją?

Geraldine: Była jednocześnie tym wszystkim. Najbardziej serdeczną, ciepłą i błyskotliwą kobietą — wyprzedzającą swoje czasy. Jej zdolności językowe były niezwykłe. Potrafiła porozumieć się z każdym. Nawet w szpitalu, umierając na raka, w bólu — wciąż zachowywała tę ostrą jasność umysłu. Powiedziała mi: „Nie bądź taka niemądra. Jutro będę martwa.” I rzeczywiście. Była sobą do samego końca.

Barbara: Porozmawiajmy o tym, co ją podtrzymywało — i co niosła dalej. Jej sztuka wydaje się tu kluczowa. Powiedziałaś, że uratowała jej życie.

Geraldine: Tak było. Jej talent — sztuka i języki — ratował ją wielokrotnie. W 1942 roku została najpierw wywieziona z Pragi do Terezina, gdzie spędziła około dwudziestu miesięcy. Pracowała tam w rolnictwie, a w wolnym czasie zajmowała się sztuką i rękodziełem z dziećmi — próbując dać im coś od siebie.

Barbara: Ta idea dania „czegoś” — może koloru — w świecie stworzonym po to, by kolor wymazać.

Geraldine: Dokładnie. Zawsze powtarzała, że chciała dać dzieciom „odrobinę koloru w ich życiu”. Później, w Auschwitz, dekorowała blok dziecięcy. Malowała Królewnę Śnieżkę, Bambiego, Myszkę Miki, słońce, góry — piękne rzeczy. Mówiła, że Auschwitz wtedy nie wyglądało tak jak dziś; nie było tam ani jednego drzewa, żadnych ptaków — tylko gęste, żółte błoto. Te malowidła były kolorem w miejscu pozbawionym koloru.

Barbara: Wspomniałaś o przyjaciółce, która pomogła ocalić jej rysunki — kimś, kto dosłownie poniósł jej sztukę dalej.

Geraldine: Tak — Peter Urban. Dała mu swoje rysunki i obrazy, żeby je bezpiecznie przechował. Dzięki temu przetrwały. Jest też historia z Terezina: głodna dziewczynka rzuciła butem w jabłoń, żeby strącić jabłko. Jabłko spadło, ale but utknął na drzewie. Zostało to odkryte. Moja mama, wykorzystując swoje zdolności językowe, urok osobisty i odwagę, uchroniła tę dziewczynkę przed pobiciem. Ta dziewczynka później dorosła — Eva Urbanist — i wiele lat później opowiedziała mi tę historię, śmiejąc się.

Barbara: A więc sztuka i język — dwa narzędzia — stają się dwiema drogami ratowania: ratowania przedmiotów, ratowania ludzi, ratowania poczucia człowieczeństwa.

Geraldine: Tak.

Barbara: Wspomniałaś też o relacji twojej mamy z jej własną matką — twoją babcią — zwłaszcza w kontekście deportacji.

Geraldine: W Terezinie moja babcia została załadowana do wagonu bydlęcego „na Wschód”. Mojej mamie trzy razy udało się zdjąć ją z pociągu — ale za czwartym razem już nie mogła. Nie potrafiła. Wagony stały tam cały dzień; zapełniano je. Ostatecznie mama i babcia zostały później ponownie połączone w Auschwitz, ale było to straszne.

Barbara: Chciałabym wprowadzić jeszcze jeden wątek tej historii: twojego ojca. Często narracje o Zagładzie spłaszczają rodziny do jednej „historii ocalałego”, a u was spotykają się dwie różne historie.

Geraldine: Mój ojciec przyjechał do Wielkiej Brytanii pod koniec 1938 lub na początku 1939 roku, z Królewca w Prusach Wschodnich. Jego rodzina zapłaciła za jego wyjazd; ktoś musiał go zasponsorować. Był nastolatkiem. Nigdy więcej nie zobaczył swoich rodziców ani brata. Zostali zamordowani. Przez lata moi rodzice sądzili, że zginęli w 1941 roku, ale dopiero w ostatnich miesiącach odkryłam, że zostali aresztowani w listopadzie 1943 roku w Berlinie, w grupie liczącej niespełna pięć tysięcy osób.

Barbara: To późne odkrycie — jak rezonuje emocjonalnie, po tylu dekadach?

Geraldine: Wstrząsa człowiekiem. Wydaje ci się, że wiesz — a potem dowiadujesz się, że były jeszcze kolejne lata, więcej czasu, więcej czekania. Żałoba zmienia kształt.

Barbara: Przejdźmy do momentu, który opisywałaś jako szczególnie poruszający: powrót do Pragi z mamą w 1993 roku. Co się wydarzyło, gdy znów znalazła się w tym mieście?

Geraldine: Była przytłoczona. Nie płakała często, ale na lotnisku nie potrafiła powstrzymać łez. Odwiedziłyśmy grób jej ojca na cmentarzu żydowskim — ogromnym, z mauzoleami. Odnalezienie grobu zajęło nam dużo czasu, bo płyta była porośnięta bluszczem. Kiedy go odsunęłyśmy, inskrypcja zachowała się w doskonałym stanie.

Barbara: Bluszcz zachował imię. To niezwykle sugestywny obraz — natura, która przykrywa, a jednocześnie chroni.

Geraldine: Tak. Potem poszłyśmy do kamienicy, w której dorastała — piękne mieszkania w dobrej części Pragi, niedaleko parku. Mój dziadek pracował w Banku Związku Czeskiego; mieszkania były przeznaczone dla pracowników banku. Mama zadzwoniła domofonem, oczarowała kobietę po czesku i nagle zostałyśmy zaproszone do środka.

Barbara: Jakie to było uczucie — wejść do domu, który był twój i jednocześnie nie był?

Geraldine: To było bardzo emocjonalne. Płakałam. Babcia opisywała szczegóły — parkiet, gazowy piecyk na ścianie — i wszystko było dokładnie tak, jak mówiła. Kobieta, która tam mieszkała, była architektką i żyła tam z synem. Pojawiłyśmy się bez zapowiedzi. Nie potrafię sobie wyobrazić, co ona wtedy czuła — żydowska rodzina stająca w drzwiach mieszkania, które zostało kiedyś odebrane. Zapewne szok, może zakłopotanie, może poczucie winy — nawet jeśli nie znała historii.

Barbara: To prowadzi do trudnego pytania: czym jest „powrót” po odebraniu własności? Domknięciem, konfrontacją, a może czymś jeszcze innym?

Geraldine: Tym wszystkim naraz. To wyczerpujące. To trudne. Ale dla mojej mamy było to ważne — chciała nam to pokazać.

Barbara: Chciałabym zapytać o to, jak pamięć wciąż cię „odnajduje” — czasem poprzez obcych ludzi. Wspominałaś o niezwykłym spotkaniu podczas wydarzenia IHRA w Glasgow w 2024 roku.

Geraldine: Tak. Była to konferencja z udziałem delegatów z całego świata. Występowałam podczas wydarzenia w Kelvingrove, po szkockiej pierwszej minister. Podeszło do mnie dwóch panów ze Słowacji i powiedzieli, że przekazują mi pozdrowienia od kobiety o imieniu Dita Kraus — znanej jako „Bibliotekarka z Auschwitz”.

Barbara: Co znaczyło usłyszeć to nazwisko, tak niespodziewanie?

Geraldine: Prawie osunęłam się na podłogę. Moi rodzice przyjaźnili się z Ditą i jej mężem po wojnie. Nawet nie wiedziałam, że wciąż żyje. Dwa tygodnie później miała kończyć 95 lat. Skontaktowali mnie z nią. Rozmawiałyśmy przez telefon, pisałyśmy maile — jej angielski był znakomity, bo w Izraelu pracowała jako nauczycielka języka angielskiego. Przysłała mi zdjęcia mojej mamy i siebie z dawnych lat.

Barbara: I pojechałaś ją odwiedzić.

Geraldine: Tak. W marcu uznałam, że muszę tam pojechać. Pojechałam z bratanicą. Początkowo Dita nie czuła się na siłach, ale następnego dnia spędziłam z nią trzy godziny. To było niezwykle poruszające. Właśnie tam dowiedziałam się tak wiele o mojej mamie i babci.

Barbara: Co takiego powiedziała, co zmieniło twoje rozumienie tej historii?

Geraldine: Dowiedziałam się, że po wyzwoleniu Dita mieszkała z moją mamą i babcią w Bergen-Belsen. Przybyły tam dziesięć dni przed wyzwoleniem, w kwietniu 1945 roku. Dita podróżowała w tej samej grupie co swoją mamą i po wyzwoleniu zostały połączone. Mama Dity była bardzo chora. Moja mama załatwiła dla niej miejsce w szpitalu, ale niestety zmarła. Mama kupiła Dic ie transport do Pragi i obiecała, że dopilnuje, by jej mama została godnie pochowana — i tak się stało. Pozostały przyjaciółkami do końca życia.

Barbara: To niezwykłe. To także forma „dziedzictwa”, o której nie zawsze mówimy: przetrwanie jako odpowiedzialność za innych.

Geraldine: Tak. Moja mama taka właśnie była. Miała w sobie tę siłę.

Barbara: Innym momentem, w którym „pamięć cię odnalazła”, było spotkanie z Ellą Weissberger — związaną z książeczką Jaś i Małgosia. Opowiedz mi tę historię.

Geraldine: Moja mama stworzyła ręcznie malowaną książeczkę Jaś i Małgosia w Terezinie. Z okazji 70. rocznicy wyzwolenia Auschwitz Ella Weissberger przyjechała do Glasgow, aby wystąpić. Dzień wcześniej spotkałam ją w szkockim parlamencie. Nie rozpoznała nazwiska mojej mamy. Wspomniałam nawet jej przezwisko — „Mausi” — bo jako dziecko była bardzo drobna, jak mała myszka. Nadal nic.

Barbara: I co potem?

Geraldine: Następnego dnia wcześnie rano poszłam na kawę do muzealnej kawiarni. Ella weszła i — zupełnie niespodziewanie — usiadła obok mnie. Miałam ze sobą katalog prac mojej mamy — nie pytaj dlaczego, po prostu miałam takie przeczucie. Otworzyłam go, zaczęłam kartkować i gdy dotarłyśmy do strony z czterema ilustracjami z książeczki Jaś i Małgosia, jej ręka wbiła się we mnie — chwyciła mnie mocno. Pod stołem wyciągnęła zwitek papieru: kserokopię jednego z rysunków. Dostała ją tego samego ranka od muzeum, bo ją rozpoznała — widziała ją wcześniej jako dziecko. Moja mama tworzyła to razem z nią.

Barbara: To jest… niemal nie do zniesienia w swojej intymności. Przeszłość sięga poprzez dziecięcą pamięć i dotyka cię fizycznie.

Geraldine: Przez kilka dni nie mogłam spać.

Barbara: Geraldine, chcę zapytać o coś etycznie bardzo złożonego. Twoja mama tworzyła piękno — malowidła dla dzieci — w miejscu zaprojektowanym do mordowania. Jak unieść ten paradoks?

Geraldine: Mówiła, że dzieci były tam tylko krótko — od trzech do sześciu miesięcy — zanim zabierano je do komór gazowych. Chciała dać im kolor, coś ludzkiego. Otrzymała na to zgodę. A jednocześnie była wzywana do Mengelego. Musiała rysować oznaczenia na ciałach dzieci — bliźniąt — na których przeprowadzał eksperymenty, a także „cygańskie drzewa genealogiczne”. Mówiła, że nigdy się nie odzywał — tylko maszerował w czarnych, lśniących butach i wskazywał palcem. Wiedziała, że jeśli zrobi choćby kleks z tuszu, będzie skończona.

Barbara: I to łączy się z tytułem książki — Painting for My Life.

Geraldine: Tak. I kiedy pisałam epilog do tej książki wspólnie z kuratorami Glasgow Museums, coś mnie nagle uderzyło: Mengele próbował unicestwić Żydów, przeprowadzał eksperymenty na bliźniętach… a ja jestem bliźniaczką. Moja mama urodziła bliźnięta. On poniósł porażkę. To ironiczne. To pewnego rodzaju sprawiedliwość.

Barbara: Kiedy twoja mama zaczęła publicznie mówić o Zagładzie? Sugerujesz, że stało się to po śmierci twojego ojca. Dlaczego właśnie wtedy?

Geraldine: Mój ojciec zmarł w grudniu 1986 roku, dwudziestego trzeciego — jego pogrzeb odbył się w Wigilię Bożego Narodzenia. Był tak bardzo kochany, że sklepy zostały zamknięte; to był ogromny pogrzeb, z eskortą policyjną. Około rok lub dwa później moja mama zaczęła występować publicznie — najpierw podczas wydarzenia charytatywnego.

Myślę, że wcześniej było to zbyt bolesne dla obojga moich rodziców. Mój ojciec stracił wszystkich. Moja mama straciła dwadzieścia dwie osoby z rodziny. Dźwigali w sobie zbyt wiele żałoby. A poza tym w Wielkiej Brytanii przez długi czas brakowało realnego, publicznego uznania. Dopiero Dzień Pamięci o Holokauście to zmienił — kraj stał się bardziej świadomy, bardziej gotowy słuchać.

Barbara: Słuchanie nie jest jednak tylko rytuałem — to także odpowiedzialność. Wspomniałaś o narastającym antysemityzmie po 7 października i o tym, jak przypomina on to, co twoja mama opisywała z pierwszych lat nazistowskich ograniczeń. Jak to na ciebie wpływa dziś?

Geraldine: Jestem przede wszystkim Żydówką, a potem Szkotką. Prowadziłam tu chronione życie i czuję się uprzywilejowana. Ale martwię się o przyszłość. Gdy narasta antysemityzm, ma się wrażenie, jakby cień historii znów się wydłużał. Występowałam w szkockim parlamencie, mówiąc o tym, jak moja mama opowiadała mi, że Żydom zakazywano chodzenia do kina, do szkoły — jak życie krok po kroku staje się coraz bardziej ograniczone.

Barbara: A jednak niesiesz w sobie także moralną lekcję twojej mamy — jej przekonanie o równej wartości wszystkich ludzi.

Geraldine: Tak. Uczyła, że wszyscy jesteśmy ludźmi — z krwi i kości — bez względu na kolor skóry czy pochodzenie. Żyła w integracji z innymi. Sąsiedzi nie byli wyłącznie Żydami; zapraszaliśmy ich do domu. Wierzyła, że ludzie powinni się wzajemnie kochać.

Barbara: Geraldine, zakończmy tam, gdzie zaczęłyśmy: co pozostaje, gdy wszystko zostaje odebrane? Chciałabym zapytać o twoje wnuki. Co one wiedzą — co niosą dalej?

Geraldine: Wiedzą bardzo dużo. Mówią o Mausi. Są z niej dumne. Kiedyś, porządkując dom, znalazłam zwój papieru — fragment fryzu, który ćwiczyła dla Yad Vashem, zapamiętując kolory. Były na nim Myszka Miki, Królewna Śnieżka, muchomory — spod farby było widać ślady ołówka. Oprawiłam go w ramę i podarowałam mojej najstarszej wnuczce, gdy miała około sześciu lat. Wisi w jej pokoju.

A moja młodsza wnuczka — Freya, ma teraz dziesięć lat — przemawiała w zeszłym roku w swojej szkole z okazji Dnia Pamięci o Holokauście. To nie jest szkoła żydowska. Przyszedł rabin, żeby jej wysłuchać. Sama napisała i wygłosiła przemówienie o swojej prababci. Miała dziewięć lat. Te dzieci urodziły się długo po śmierci mojej mamy — a jednak to wciąż trwa.

Barbara: To jest dziedzictwo w najgłębszym sensie — nie nostalgia, nie biografia, lecz żywa transmisja. Gdybyś mogła powiedzieć jedną rzecz, którą twoja mama chciałaby, aby przyszłe pokolenia zrozumiały, co by to było?

Geraldine: Że to musi być nauczane — przez kolejne dekady. Chciała, aby wszyscy poznali to, co się wydarzyło. I jestem dumna — dumna z niej, dumna z tego, że jej historia trwa dalej: poprzez sztukę, poprzez muzeum, poprzez książkę i poprzez dzieci?

Geraldine: Żałuję, że kiedy byłam młodsza, nie zadawałam więcej pytań. Ale jestem wdzięczna, że powstała ta książka — bo obejmuje całą historię. I jestem wdzięczna, że ludzie chcą słuchać i że jej opowieść może docierać dalej.

Barbara: Geraldine, dziękuję. Sztuka twojej mamy przetrwała obozy — a ty pomogłaś jej przetrwać czas. To inny rodzaj odwagi.

Geraldine: Dziękuję. Staram się. Staram się ją ocalić od zapomnienia.

***

Nota redakcyjna

Wywiad powstał w ramach kampanii z okazji Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu 2026: The Art of Remembrance, organizowanej przez Europejską Sieć Pamięć i Solidarność (ENRS).